Dzień dobry – kocham Cię.

Treningi z psami dają mi i im duże poczucie spełnienia, długie spacery pozwalają nam się wyluzować i cieszyć wspólną, acz niezobowiązującą aktywnością, wspólne wylegiwanie się na łóżku to z kolei najlepsza forma odpoczynku po treningach i wielokilometrowych spacerach. Jest jednak taka chwila w ciągu dnia, którą uwielbiam jak nic innego, który jest swego rodzaju rytuałem i bez którego nie potrafiłabym się obyć. Jaka jest ta wyjątkowa dla mnie chwila? POBUDKA.

W Obiektywie Asi (1) (1)

Tak! To właśnie wspólne poranki mają dla mnie tak ogromne znaczenie. To mniej więcej 40 minut to czas dla tylko dla nas, dla nas prawdziwych – leniwych, wyluzowanych, wyłączonych ze świata i nie zważających na to co wypada.

Co dzień rano gdy otwieram oczy Fruzia z Hondą włączają swoją gotowość, czekając na magiczne hasło „dzień dobry”. Wiedzą, że póki go nie usłyszą nie mają po co mnie zaczepiać, bo zabunkruje się pod kołdrą i nie wyjdę przez kolejne pół godziny. Po ich ulubionym haśle (no ok, dla Hondy na równi z „dzień dobry” plasuje się „biegaj”) rozpoczyna się NASZ czas.

W pierwszej kolejności dziewczyny zasypują mnie buziaczkami, najpierw delikatnie – jak to na psie księżniczki przystało. Jednak już chwile później się zaczyna. Fruzia, jako wersja soft naszego teamu stawia na delikatnie zadeptywanie mnie – na zmianę wdrapując się na mój brzuch i głowę – wtulanie się z pełnym impetem i przyklejanie z taką siłą, że nawet nie mam co próbować się jej przeciwstawiać. Honda – jak to ona – że tak powiem „się nie certoli”. Po delikatnych całusach rozpoczynają się buziaczki-zębaczki (nie raz, nie dwa generujące u mnie krwotok z nosa) i wtulanie się level hard – czyli barankowanie we mnie i fikołki z lądowaniem na mojej twarzy, po których następuje chwila refleksji. Najczęściej wtulona w dziwnej pozycji (jak można tak wyginać kręgosłup? Znam tylko jednego psa, który robi to w bardziej przerażający sposób – pozdrowienia dla Bluesa!) domaga się głaskania i regeneruje siły. Na co? Bo właśnie wtedy rozpoczyna się czas szaleństwa – tak, do tej pory było spokojnie – wybijanie się na pół metra i lądowanie na moim brzuchu, gryzienie po rękach, podkopywanie kołdry – istny szał. Oczywiście, ja wcale nie pozostaje jej dłużna ;).

Po łóżkowym rytuale nadchodzi czas na moje podniesienie się z łóżka – i wtedy nastaje ogólny spokój. Podczas gdy ja przygotowuje kawę moje idealne pieseczki grzecznie śpią w łóżku – jak gdyby nigdy nic, a gdy zasiadam na dywanie pijąc ten cudowny napój bogów Fru przybliża się do skraju łóżka, żeby oprzeć głowę na moim ramieniu a Honda schodzi żeby delikatnie położyć pychol na mojej nodze. I tak, w lekko refleksyjnym nastroju spędzamy kolejne minuty, nastrajając się na cały dzień. I jesteśmy po prostu my – razem – i nic więcej nie ma znaczenia (no, poza sączoną przeze mnie wtedy kawą – kawa zawsze ma znaczenie).

I wtedy właśnie czuję, że jesteśmy jednością. Ja dla nich, one dla mnie… a świat nie istnieje. Takie momenty to coś, dla czego warto żyć z psem. Chwile przepełnione spokojem, szacunkiem i szczerym uczuciem. Pozornie niezobowiązujące, a dające więcej niż można sobie wyobrazić.

Ciekawa jestem jak to jest u Was – macie takie momenty, w których przepełniają Was pozytywne emocje i spokój i których nie zamienilibyście na nic innego?

7 thoughts on “Dzień dobry – kocham Cię.

  1. U nas niestety nie mamy rano czasu na takie witanie, dla nas jest weekend. Dokładnie tak jak u Ciebie po powiedzeniu ” dzień dobry” następują czułości i wariactwo- tu zależy od humorku☺ całusy, wariactwo i szczekanie nie ma końca 😄

  2. Wszystko co przeczytałam i co Pani opisała znam bardzo dobrze ze swoich poranków :) Mój Mały Gucio wie nawet że nadchodzi weekend i że wtedy czas porannych rytuałów będzie dłuższy – a gdy czasem muszę iść do pracy w sobotę – w jego oczach widzę wówczas dwa znaki „? ?”, mówiące – > „dlaczego? przecież dziś weekend” ;)

    1. No bo jak to tak psuć weekendowe lenistwo ;).
      Choć u nas akurat jeśli pojawiają się dni, w które mam mniej czasu to zazwyczaj to właśnie weekendy.

  3. Ja żeby obudzić moją księżniczkę muszę parę dobrych razy powiedzieć jej żeby wstawała wtedy z lekko merdającym ogonem niczym pies-zombie, doczołguje się do mojej głowy i…. idzie dalej spać. Śpioch do potęgi entej.

  4. to u nas podobnie :) Jak tylko zadzwoni mój budzik, Pip przybiega do pokoju i kładzie się pod łóżkiem czekające na „okejkę” ;) wtedy wskakuje pod kołderkę i wtedy jest najlepszy czas na mizianki po brzuszku :)

Dodaj komentarz