Apacz u ObiFru, bo pomoc nie zawsze można zaplanować.

Od dłuższego czasu mój Uniwerek ObiFru oficjalnie współpracuje z fundacją MORN. Osobiście łączy mnie z nią nawet więcej – to właśnie od nich mam Hondę, a Paulina – jedna z głównych wolontariuszek Małopolskiej Oganizacji na Rzecz Natury – jest bliską mi osobą a przy okazji klubowiczką Uniwerku. Nic więc dziwnego, że o Apaczu dowiedziałam się zaraz po interwencyjnym odebraniu go z pseudohodowli a jeszcze chwilę przed trafieniem pod skrzydła MORNu.

Dziewczyny na cito szukały dla niego domu tymczasowego, nie wiedząc o nim zbyt wiele – ot zabiedzony zgredek, skarłowaciały sheltie, którego zrzekła się właścicielka (powinnam napisać „osoba przetrzymująca” bo nawet właściciel jest słowem na które nie zasługuje ktoś, kto doprowadził zwierzę do takiego stanu). W pierwszej chwili jedyne co przyszło mi do głowy to przewertowanie listy znajomych,  z nadzieją, że ktoś mógłby go przechować. No bo jak wziąć go do siebie, skoro nawet spacer z własnymi psami mnie przerasta i muszę liczyć głównie na pomoc drugiej połówki. Zresztą, pzy pierwszej rozmowie o Apaczu wciąż miałam na nodze gips, a przemieszczanie się nawet o kulach było dla mnie wyzwaniem. Jak wziąć nie wiadomo jak chorego psa do swojego mikromieszkania gdzie tłoczymy się z 2 psami i kotem. Serce jednak krzyczało, że L4 mam od pracy, a nie od pomagania, więc zaproponowałam, że 1 czy 2 dni chłopak może zamieszkać z nami, czekając na docelowy DT. W końcu będę mogła go poznać, zobaczyć z czym na problemy i ustalić dla niego dalszy plan pracy w domu tymczasowym. Gdy okazało się, że DT się znalazł, jednak dopiero od tego tygodnia jasne było, że 1-2 dni bez problemu może przedłużyć się do tygodnia – i tak Apacza odebrałam w środę wieczorem a wczoraj po 20 trafił do aktualnego domu tymczasowego.

Czekając w kolejce u ortopedy i chodząc na szpitalne badania dostawałam na bieżąco informacje odnośnie Apacza, którego dziewczyny już przejęły i odwiedziły z nim weterynarza. Gdy usłyszałam 2,5kg trochę się zdziwiłam, nie wiedziałam jednak jak bardzo jest skarłowaciały uznałam, że może być taką drobniutką kruszyną z lekką niedowagą. Przestraszony – ok, nie ma co się dziwić, w końcu nagle został zabrany przez obcych dla siebie ludzi a ponoć wcześniej nie opuszczał domu w którym mieszkał. Był jedynym odebranym podczas interwencji psem, więc nastawiona byłam po prostu na lekko zaniedbanego, trochę wystraszonego mikro szelciaka. Nie spodziewałam się tego, co nadeszło.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jako, że miałam trochę rzeczy do zabrania z sali treningowej dziewczyny przywiozły mi Apacza na Uniwerek. Gdy go zobaczyłam zaniemówiłam, a efekt pogłębił się gdy tylko wzięłam malucha na ręce. Jeśli chodzi o zachowanie – niewiele mogę napisać – nie, nie dlatego, że było ono normalne. Jego po prostu nie było… dawno nie widziałam tak przerażonego psa. Apacz nie wykazywał żadnych oznak życia (poza oddychaniem i niezwykle rzadkim mruganiem) ani najmniejszych reakcji na otoczenie. Poddawał się dotykowi, układaniu na rękach, wszystkiemu. Nawet nie drgnął będąc przekazywany z rąk do rąk. Nie był usztywniony – być może chciał, ale przy zupełnym braku mięśni i – jak okazało się chwile później – ogólnym wycieńczeniu nawet to mogło być niemal niezauważalne. Tępy wzrok bez wyrazu i nakierowania na cokolwiek, lekko rozchylony pysk i totalny bezruch… serce się krajało. Stan psychiczny – totalna rozsypka – a co z fizycznym? Przede wszystkim to co rzucało się w oczy to brudna, miejscami posklejana sierść, sprawiająca wrażenie  świeżo wyczesanej – chyba aby sprawiał wrażenie choć trochę zadbanego. Do tego okropny smród – nie wiem do czego mogę go porównać, jednak jego intensywność mogłaby się równać z zapachem w chlewni – nie wiem czy ktoś z Was był kiedyś np. w hodowli świń, ale każdy zootechnik wie, że to jeden z tych zapachów, których nie da się domyć przez kolejne kilka dni… tak też było w przypadku Apacza – dopiero trzecia kąpiel (zaraz przed wydaniem do DT) choć trochę złagodziła jego odór. Jego sierść poza brudem i smrodem skrywała także wielu lokatorów w postaci pcheł i wszołów. Szczerze – pierwszy raz widziałam na psie aż tyle żywych wszołów – one były dosłownie wszędzie, a po kąpieli wypełzło ich jeszcze więcej. W jego stanie jeszcze jedna rzecz była przerażająca. Wprawdzie nie ma on tyle futra co sheltie w dobrej kondycji, mimo wszystko jest on dość mocno puchaty – przeraziło mnie już w trakcie trzymania na rękach, że przez taką warstwę futra jestem w stanie wyczuć każde żebro, cały kręgosłup i kości biodrowe, jednak gdy zmoczyłam go w trakcie kąpieli zmroziło mnie jeszcze bardziej. 2,5 kilo nabrało innego znaczenia – a to naprawdę niezły wynik patrząc na to jak wyglądał i ledwo stał na nogach. Po kilku minutach kąpieli stres i wycieńczenie dały o sobie znać i maluch dosłownie osuwał się na dno wanny, dlatego szybko skończyłam co musiałam, zawinęłam go w ręcznik i przed suszeniem i wyczesywaniem dałam mu trochę spokoju. Mimo wszystko każdy z zabiegów znosił dzielnie – poddawał się wszystkiemu bez najmniejszego buntu, ale powoli zaczął też pokazywać jakiekolwiek sygnały. W pierwszy dzień nawet wyraźne spięcie, mruganie czy odwracanie głowy traktowałam jako ogromny sukces w naszej komunikacji. Wsadzony do kennela zostawał w bezruchu w pozycji w jakieś został ułożony. Nawet postawiony w sposób dla siebie niewygodny układał się dla siebie bardziej komfortowo dopiero po kilkunastu minutach, dlatego poczucie triumfu potęgowało się, gdy zabrał się za zjedzenie kolacji a także kiedy świadomie wypatrywał ze swojej klatki gdy ruszałam się po pokoju lub obserwował zachowanie Fruzi i Hondy. Nawet nie wiem kiedy usnął wykończony intensywnym dla siebie dniem… ja też.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Rano w klatce zastałam smrodliwy armagedon – okazało się, że zachowanie czystości to kolejna rzecz o której Apacz nie wiedział zbyt wiele. O ile nie dziwi mnie konieczność załatwienia się w klatce, tak fakt, spania na własnych odchodach mimo wystarczającej ilości miejsca trochę mnie zaskoczył. Na szczęście z każdym kolejnym dniem w tej kwestii było coraz lepiej. Kiedy Apacz zobaczył, że może załatwiać się poza klatką zaczął wykorzystywać momenty „wolności” na toaletę, choć będąc zamknięty dalej potrafił po prostu robić pod siebie. A częstotliwość załatwiania się miał niemałą, na co nakładało się kilka powodów. Stres, większa ilość jedzenia którą ewidentnie jego organizm musi nauczyć się w ogóle trawić oraz spore ilości wypijanej wody – co wynikało zarówno z jego stanu zdrowia jak i stanu psychicznego.  Ogromnym krokiem na przód były ostatnie dwa dni, kiedy zdarzyło mu się sygnalizować chęć wyjścia z kennela w celach fizjologicznych.

Kiedy w kolejnych dniach Apacz zaczynał nawiązywać kontakt ze światem i wykazywać ciekawość odnośnie nas, miejsca i przedmiotów niezwykle mnie to ucieszyło. Dało bowiem nadzieję, że jego socjalizacja przebiegnie dość sprawnie. Dlaczego piszę socjalizacja a nie jak wielu z Was by sądziło „resocjalizacja”? Apacz zachowuje się jak pies który po prostu nie spotkał się w życiu z żadnymi nowymi miejscami, sytuacjami czy ludźmi. Praca z nim nie jest przeuczaniem złych nawyków a pokazywaniem wszystkiego co może spotkać w życiu. Różne przedmioty, struktury, dźwięki – to wszystko jest dla niego nowe, a wprowadzane powoli, w przemyślany sposób budzi w nim ciekawość zamiast strachu. Jedyną sytuacją która widocznie kojarzyła się mu źle, to wchodzenie kogokolwiek do mieszkania. Gdy tylko słyszał otwieranie się zamka i drzwi sztywniał, trząsł się jak galareta i nie potrafił opanować oddechu ani ślinienia – nie wiem skąd u niego takie zachowanie, ale nie świadczy to dobrze o jego poprzednim życiu. Większość czasu Apacz spędzał w kennelu, w którym już po dwóch dniach potrafił się zrelaksować. Dozowanie aktywności poza klatką było istotne także ze względu na pojawiające się u niego zachowania stereotypowe. Zapewne znacie widok krążących w kółko klatki czy wybiegu dzikiego zwierzęcia zamkniętego w niewoli? Tak samo Apacz zachowywał się gdy na dłużej był pozostawiony sam sobie z możliwością poruszania się po całym pomieszczeniu. Granica między eksploracją otoczenia a nerwowym krążeniem po mieszkaniu była u niego bardzo cienka, na szczęście zauważalna i szybko rozpoczęłam pracę także nad tym problemem. Pod koniec pobytu u nas udało mi się znaleźć odpowiedni balans między zamknięciem i wymuszonym wyciszeniem (zarówno bez zajęcia jak i z gryzakami do żucia) a czasem spędzonym luzem, podczas którego powoli zaczął oferować zainteresowanie a nawet podążanie za człowiekiem. To mały krok dla ludzkości, ale wielki dla Apacza!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A jeśli o krokach mowa, pewnie zastanawiacie się co ze spacerami? Ta kwestia stanowi dla małego ogromne wyzwanie. Na zewnątrz był przez nas wynoszony, za pierwszym razem dłuższą chwilę zajęły mu jakiekolwiek próby choćby delikatnego rozluźnienia i zrobienia kilku kroków. Z każdym kolejnym wyjściem ożywał na zewnątrz coraz szybciej, jednak największym zrobionym przez niego dystansem było kilkanaście kroków. Na szczęście, zaciszne miejsce przy zarośniętym drzewie które sobie upatrzył dało mu swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Nauczył się obserwować z niego otoczenie bez wielkiego stresu. W weekend zanotowaliśmy nawet krótki – może 1,5 sekundowy epizod węszenia trawy – wspaniale! Wcześniej ani przez chwile nie przeszło mu to przez myśl. Kilku i kilkunastominutowe wyjścia podczas których staraliśmy się go wspierać powoli pozwalały mu poznawać świat zewnętrzny, w którym przeraża go więcej niż w pomieszczeniach. Na ludzi reaguje strachem nawet z kilkudziesięciu metrów a każdy zbliżający się pies doprowadzał go do paniki (na szczęście, widząc moje i Apacza nerwy w takich sytuacjach Honda szybko nauczyła się zagradzać drogę niechcianym psim nieznajomym). Z moimi psami Apacz nauczył się funkcjonować w miarę stabilnie. Honda potraktowała go jak zupełnie niepełnowartościowego psa, za to jej duża pewność siebie (ach, łezka w oku się kręci, ze mogę tak o niej napisać!) zdecydowanie go intrygowała i dodawała trochę poczucia bezpieczeństwa. Tuptając po mieszkaniu co jakiś czas próbował znajdować się blisko niej. Polubił ją mimo jej jasnych komunikatów, że nie zostanie tu na stałe a już z pewnością nie będzie mieć wstępu na łóżko. Fruzia wtórowała Hondzie we wprowadzaniu tych zasad. Z początku nawet próbowała zaprzyjaźnić się z Apaczem, jednak szybko odkryła jego słabość i pokazała swoją mniej miłą stronę. Na szczęście dziewczyny mają ze mną na tyle dobrą relacje, że wszystkie nieakceptowalne przeze mnie zachowania w stosunku do Apacza szybko przestały się pojawiać i wspólna egzystencja nie przynosiła jakichkolwiek spięć. Nie da się jednak ukryć, że wyprowadzka Apacza przyniosła i ulgę.

Przez ten tydzień Apacz dał nam się poznać jako niezwykle skrzywdzony pies. Skrzywdzony fizycznie przez zaniedbanie, ale przede wszystkim psychicznie przez izolację, obojętność i całkowitą, okrutną ignorancję. Mam szczerą nadzieję, ze kobieta, która doprowadziła go do tak tragicznego stanu fizycznego oraz psychicznej rozsypki poniesie tego konsekwencje. Na szczęście, trafiając do fundacji MORN zyskał szansę na normalne życie. W nowym domu tymczasowym dostanie przede wszystkim dużo ciepła i zrozumienia, a „techniczne” kwestie pracy będę na bieżąco nadzorować – razem, mam nadzieję, osiągniemy sukces i za jakiś czas będziemy mogli pochwalić się zdrowym, lśniącym i radzący sobie w życiu Apaczem, który będzie szukał najlepszego na świecie domu stałego.

Jeśli jesteście zainteresowani dalszym losem Apacza, chcecie wysłać mu prezent lub dorzucić cegiełkę do czekającego go zabiegu kastracji czy pozostałych kosztów weterynaryjnych kontaktujcie się z fundacją Małopolska Organizacja na Rzecz Natury której jest podopiecznym.

Album zdjęć Apacza z pobytu u nas pojawi się na fanpage Uniwerku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

5 thoughts on “Apacz u ObiFru, bo pomoc nie zawsze można zaplanować.

  1. Serce pęka jak czyta sie o tym maluchu.Serce pęka tym bardziej ze w domu zktorego został zabrany pozostało jeszcze kilka zwierzat gdyż pani weterynarz nie widziała podstaw by je odebrac:(Serce pęka bo proceder w tej pseudo trwa juz od kilkunastu lat,właścicielka ledwo zipie a mimo to wciąż rozmnaża zwierzeta(osobiście obstawiam chorobę psychiczna)Mam nadzieje ze Apacz dojdzie do siebie na tyle by moc jakoś funkcjonować w nowym domu,którego mu z serca życzę.Bede mu kibicować na równi z Kora,druga psina odebrana z tych przeklętych Liszek.

    1. Dlatego spodziewałam się jednak lepszego stanu psa – patrząc na Apacza nie mogę uwierzyć, że wetka nie zobaczyła podstaw, aby odebrać pozostałe psy. Przykre, że tak postanowiła, ale mam nadzieję, że mimo wszystko uda się pomóc biedakom wciąż tam przebywającym.

    2. Może więc warto byłoby podać nazwisko tej Pani weterynarz, aby każdy miał możliwość omijania z daleka osoby bez wiedzy i empatii, która się w tym zawodzie znalazła przypadkiem. Skoro mamy kiepskie prawo, może ostracyzm społeczny jest szansą na odsunięcie pewnych osób od zwierząt.

      1. To pani weterynarz powiatowa-czyli taki bardziej urzędnik niż lekarz.Podobno jest młodziutka i wzruszyły ją łzy pani Zosieńki która przekonywała jak bardzo kocha te pieski:(

Dodaj komentarz