Dlaczego właśnie ona?

               Często pytacie jak Fruzia do mnie trafiła, to chyba
najwyższy czas, żeby o tym napisać.
                O psie
marzyłam od dziecka. Jak każdy? Może, ale naprawdę bardzo tego chciałam,
czytałam książki, czasopisma, oglądałam filmy i programy o tej tematyce.
Pomagałam rodzinie i znajomym z psami – zarówno grzecznymi ciapkami jak i bardziej
skomplikowanymi przypadkami. W domu zawsze był kot – i dobrze, bo dom bez kota
to nie dom – ale i tak ciągle chciałam mieć także psa. Rodzice byli nieugięci. Prosiłam,
obiecywałam… niestety nic nie działało, co tak po prawdzie rozumiem, bo
faktycznie ciężko byłoby wtedy poświęcić psu tyle czasu ile się powinno, choć
tu też zależy jak na to patrzeć…
                Od
kilku lat mieszkam sama, z domu rodzinnego wyprowadziłam się z Felkiem (kotem),
więc smutno nie było. U rodziców został drugi kot. Najwspanialsza kotka świata,
kot życia – bardzo za nią tęsknie. Gdy odeszła całą rodziną nie do końca
mogliśmy się z tym pogodzić. Po jakimś czasie rodzice uznali, że kupią sobie
psa (mówiłam im, że nie wytrzymają zbyt długo bez czworonożnego przyjaciela).
Rozglądając się za szczeniakiem dla siebie wspomnieli, że jak chce to kupią psa
także mi…
                WOW
cudownie, wspaniale, euforia, pełnia szczęścia… płonęłam od środka, już miałam
w głowie jak cudowne życie będę wiodła z moim nowym przyjacielem, jaki będzie wspaniały…
aż tu nagle rodzice dodali
„ale to musi być mały pies”
O zgrozo… jak to mały? Jak mały? Ale mały, że kilkanaście kilo
tak? Że taki nad kolano? Taki pies-pies… niestety, miał być mały-mały, a
właściwie miniaturowy… no wiecie, taki do torebki i na kolanka… „o kur*a”
pomyślałam.
                Nie
mogłam w to uwierzyć, całe życie marzyłam o psie – owszem, ale od 3 roku życia
myślałam o bulterierze, jak nie to innym TTB czy dowolnej sporej, „obronnej”
rasie… najlepiej, żeby był czarny. No koniecznie musiał to być ciemnego koloru
pies, o mocnej psychice. Taki, co nie da sobie w kasze dmuchać, który wymagać
będzie konsekwencji i będzie nie do złamania gdy sytuacja będzie tego wymagać,
ale będzie MÓJ i tylko mój… i będziemy najlepszym teamem na świecie. I cóż
miałam zrobić? Myśli kotłowały mi się w głowie jak szalone, mam wziąć małego
psa? Jakiego? Przecież one są… małe… i głupie… a nawet brzydkie. Jak ja się
pokaże z czymś takim ludziom?
                
                 Gdy
emocje trochę opadły i przeanalizowałam sytuację. W między czasie usiłując
przekonać rodziców, że może np. staffik – przecież jest mały. Oczywiście się
nie udało. Pozostało mi samą siebie przekonać do tego, że „darowanemu koniowi w
zęby się nie zagląda”. I tak właśnie pomyślałam, że skoro już mam mieć jakieś
małe głupie coś, z którym nie spełnię swoich szkoleniowych marzeń (które były
wtedy niezbyt sprecyzowane, ale isniały, jednak czego można wymagać od
miniatury) to może przynajmniej spełnimy się na ringach wystawowych.
Przeglądając ogłoszenia rodzice natknęli się na 
8 miesięcznego pieska shih tzu który trafiał w mój gust. Płaskie ryjki
kocham, chłopak miał do tego ładny włos, dobry kolor… ogólnie, mógłby na
ringach się pojawiać. Na papier też nie można było narzekać (zrobiłam szybki
research).
                I
nadszedł dzień w którym mieliśmy pojechać oglądnąć psa. Psa, który miał spędzić
ze mną kolejne kilkanaście lat. W pierwszej kolejności mieliśmy jednak zobaczyć
szczeniaki, które upatrzyli sobie rodzice. Pojechaliśmy zobaczyć maltańczyki. Mały
miot składający się z pieska i suczki. Gdy weszliśmy Panie od razu pokazały nam
małe białe kulki, tata szybko porwał na ręce pieska, mama suczkę. Rozmawiając o
maluchach puściliśmy je na ziemię wraz z ich matką. I się zaczęło. Chłopczyk –
szczyt słodyczy, no po prostu ociekał cukrem, strach dotknąć bo się przyklei do
rąk… no i przykleił się rodzicom ;) wzięty na kolana przytulał się i zasypiał.
Większość wizyty przespał na kolanach mojej mamie. A co z suczką? Błękitną
wstążeczkę z szyi zerwała w ciągu kilkunastu sekund, następnie zabiłą ją bez litości.
Biegała to tu, to tam tłukąc swojego brata (póki był na podłodze), podgryzając
swoją matkę to w łapy, to w uszy. Brana na ręce gryzła mnie po palcach,
wyrywała się, bo przecież ona chce biegać. Widać było, że ruch to jej żywioł no
i… wpadłam po uszy. Nie mogłam jej nie pokochać. To był moment w którym
wiedziałam, że to TEN pies.
                Później,
już na spokojnie w domu zaczęłam się obawiać, czy to na pewno dobry wybór, bo
to hodowla ZHPR. Psy faktycznie zadbane – matka piękna, szczeniaki wychuchane i
uwielbiane przez opiekunkę (z wzajemnością). Jednak wątpliwości aż kłuły  w żołądku. Bo z jednej strony czułam, że to
pies dla mnie, z drugiej sama nie wiedziałam co jest rozsądne. Przed dniem w
którym mieliśmy odebrać szczeniaki zdążyłam rozmawiać nt pieska grzywacza a
także oglądnąć bolończyki z innej hodowli, jednak żaden pies nie budził we mnie
tych uczyć co ona… tu najmocniejszym głosem okazał się mój facet, który
kategorycznie stwierdził, że mam nie wymyślać i brać TĄ suczkę. Koniec kropka.
                Posłuchałam
i już kilka dni później przywiozłam do domu Fruzię.

                Z perspektywy
czasu nie żałuje. I mimo, że jest odwrotnością tego o czym marzyłam to właśnie
z nią spełniam marzenia. W innej notce opiszę, jak bardzo inna jest także w
życiu codziennym od tego jak wyobrażałam sobie typowe życie z psem. 

8 thoughts on “Dlaczego właśnie ona?

  1. Naprawdę piękna historia! W moim przypadku było podobnie.. chciałam psa większych rozmiarów, a skończyło się na żywiołowym Yorku, którego nie dało się uspokoić. Jak się póżniej okazało suczka jest bardzo niezależna, potrafi nawet zrobić miniaturową dziurę w opakowaniu od ciastek, aby tylko jedno z nich wyciągnąć, czego ostatnio byłam świadkiem. Mimo, że nasze charaktery bardzo się różnią to nie żałuję swojej decyzji. To dzięki niej bardziej otworzyłam się na ludzi, więcej ćwiczę i zaczęłam akceptować siebie, taką jaka jestem. Niesamowite ile jedno małe stworzenie może zmienić w życiu człowieka! #Patrycja

  2. Ciekawa historia :). Za to u nas było odwrotnie- nie byłam przekonana do tak dużego psa, a mama uważała że jak pies to musi być duży a nie jakiś kurdupel ;). I tak trafił do mnie Cielaczek :D.

  3. Pięknie. Nigdy nie przeżyłam takiego zakochania w zwierzęciu – że spotykam je pierwszy raz i nagle wiem, że jesteśmy sobie pisani, więc zazdroszczę Ci takiego doświadczenie. Gratuluję też tego, że mimo początkowych wątpliwości spełniasz się w życiu z Fruzią.
    Mam natomiast pytanie w kwestii trenowanego przez Was sportu. Wybrałaś dla Waszej drużyny obedience, które jest w rękach FCI – myślisz czasem o tym, co by było, gdybyście dotarły do klasy międzynarodowej?

    1. hehe to o czym piszesz bardzo mnie drazni, ze wzgledu i na Fru i przy okazji myslenia o drugim psie i bardzo zaluje, ze brak rodowodu FCI uniemozliwia osiagniecie roznych tytulow w niektorych sportach

  4. Uwielbiam takie historie :D Widać, że byłyście sobie pisane ;) Ja również kilka lat czekałam na swoją sunie i nawet nie wiedziałam, że przewróci moje życie o 180 stopni :D Mimo, że początki były bardzo trudne (mój golden to całkowite przeciwieństwo spokojnego wzorca rasy… jedynie zgadza się, że kocha wszystko i wszystkich, a najbardziej inne pieski i wodę :D) to nawet nie wiedziałam jaką jestem szczęściarom i jaki potencjał w niej drzemie. Teraz rozumiemy się bez słów :)

Dodaj komentarz