Do tej pory myślałam, że do pobudki nad ranem mogą zmotywować mnie jedynie zawody lub seminarium obedience. Okazuje się jednak, że do tej listy mogę dopisać wyścigi kolarskie. Nie znaczy to oczywiście, że przerzucam się na rower – wciąż nie pałam miłością do tych urządzeń – choć i tam można zostać gadżeciarzem, co trochę mnie do nich przybliża. Jednak, gdy psiarz trafia na kolarza, w końcu musi wybrać się na jakiś wyścig, szczególnie, gdy ów kolarz dzielnie wspiera psiarza na jego zawodach i seminariach ;). Tym oto sposobem w majówkową sobotę (05.05) całą ObiFru rodziną wybraliśmy się na Klasyk Annogórski – wyścig (ponoć ważnego ;)) cyklu Road Maraton.

Od samego rana, a nawet połowy tygodnia chodziłam cała w stresie – mimo świadomości, że Dawid na wyścig jedzie treningowo (tak samo jak potraktował zresztą Klasyk Beskidzki kilka dni wcześniej) – wyjazd na wyścig był dla mnie wielkim wydarzeniem. Cały stres spotęgowało jedno wymówione już na miejscu przez Dawida zdanie – „Podasz mi bidon”. I tak cały plan na ten dzień runął w gruzach, a opadające już emocje sięgnęły zenitu. Miałam w planach usiąść sobie z psami na zjeździe, w przepięknych okolicznościach przyrody Parku Krajobrazowego Góra św. Anny, ale „mój kolarz” uświadomił mi, że nie jest to najlepsze miejsce na podawanie mu czegokolwiek. Więc gdy on udał się na rozgrzewkę i start, ja wyruszyłam w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca dla mnie, psów i do spełnienia misji „podaj mi bidon kobieto”.

Pełna gotowość do asysty!
Pełna gotowość do asysty!

Wyposażona w plecak, aparat, całą niemal piknikową torbę z jedzeniem, piciem, kocykami, książkami i wszystkim czego ja i psy możemy potrzebować wyruszyłam od mety w dół – z nadzieją odnalezienia kawałka dzikiego trawnika i cienia na podjeździe. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że wszędzie tylko chodnik i prywatne posesje. Nie mogłyśmy iść dalej – bo Honda i tak przemierzyła więcej niż powinna w aktualnym stanie – postanowiłam więc zawrócić ustawić się wzdłuż drogi przed metą. Cóż, 3 godziny w słońcu i na betonie nie były moim marzeniem, ale misja jest misja. Nie byłabym jednak sobą, gdyby po zobaczeniu sporego kawałka cienia przy otwartej bramie na podjeździe czyjejś posesji, nie poszła zagadać gospodarzy o możliwość rozłożenia się tam z psami. I tu pozytywnie się zaskoczyłam, ponieważ Pani Domu zaproponowała mi zajęcie nieużywanego przez nich wejścia do domu – ogrodzonego kawałka w cieniu – dzięki czemu mogłam nawet zamknąć tam suki podczas robienia zdjęć uczestnikom wyścigu i podawania bidonu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

Jak widać, dziewczyny nie narzekały na swoją tymczasową zagrodę. 

 

 

No właśnie – wróćmy do mojej misji, bo to okazała się rzecz kluczowa tego dnia. Gdy Dawid poprosił mnie o pomoc byłam tak zaaferowana tym faktem, że zapomniałam w ogóle zapytać JAK to zrobić. Dlatego po zajęciu odpowiedniego miejsca na czas wyścigu postanowiłam się dokształcić w tej kwestii – w końcu Youtube serwuje nam tutoriale jak obrać ziemniaki czy zrobić samolot z karki papieru – i tu nastąpił mój szok. Nikt nigdzie nie opisał jak profesjonalnie podać bidon kolarzowi na wyścigu! Serio, myślicie, że jest to łatwiejsze od obierania ziemniaków i nie wymaga instrukcji? Załatanie tej luki w internetach chyba stanie się moją misją. Doświadczenie z biegania w sztafecie nie okazało się super przydatne – jak bym tego nie próbowała przełożyć, to jednak założenia są trochę inne. Moje szczęście, że logika to jedna z moich bliskich przyjaciółek (tak, wiem, właśnie pisałam, że szukałam tutorialu) i po krótkim zastanowieniu sama opracowałam profesjonalną technikę, którą wykorzystałam w praktyce. I wiecie co? Udało się :D. Choć dosłownie 2 metry dalej mojemu kolarzowi wypiął się but z pedałów – nie wyobrażacie sobie nawet jak mocne wyrzuty sumienia mnie wtedy dopadły, na szczęście nie okazało się być to moją winą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Chwilę później stała się kolejna niesamowita rzecz – nagle przed nami wyrosła Kasia (Fotografia – Katarzyna Serafin), która ku mojej radości towarzyszyła nam do końca wyścigu. Niespodziewane spotkanie po 2 latach to niemałe zaskoczenie i idealny sposób na nudę. Wprawdzie wyścig wcale nie był nudny, ale każdy kto zna Kasię wie, że w porównaniu z jej energią i osobowością cały świat to niemrawa szara plazma ;).

Może teraz coś o samym wyścigu – nie znam się na tym zupełnie, ale uwierzcie, że nogi bolały mnie na samą myśl, że ktokolwiek ma pedałować przez 80 kilometrów z sumą przewyższeń ponad tysiąca metrów! A najbardziej zaskakujące jest to, że wielu z kolarzy wyglądało na mniej zmęczonych niż niedzielni rowerzyści po objeździe osiedla. Dlatego właśnie, niezależnie od zajętego miejsca i osiągniętego czasu każdemu z ponad 300 startujących należą się ogromne gratulacje. Mimo, że sport ten jest mi bardzo daleki nie sposób nie podziwiać jego zawodników. A zawodnikom nie sposób było nie zauważyć kibicującego im małego białego pieska, bo Fruzia oczywiście nie mogła sobie odpuścić wyrażania swojej opinii na temat większości z mijających nas rowerów.

Dzień był zakręcony, zarówno dla mnie jak i dla psów męczący, nie mówiąc już o Dawidzie, który swoje w nogach miał ;). Ja dalej nie rozumiem, po co tyle pedałować – ale z drugiej strony, kto rozumie co ja wyprawiam z psami – ale już nie mogę doczekać się kolejnego wyścigu!

 

A poniżej mała galeria z wyścigu:

Dodaj komentarz