Zawody obedience Kraków.

                Z
pewnym opóźnieniem, ale postanowiłam napisać parę słów o naszym starcie na
zawodach obedience w Krakowie.
                Po
ostatnich doświadczeniach w Warszawie w ostatnim czasie pracowałam z Fruzią
właściwie tylko nad emocjami w treningu i przejściach między ćwiczeniami oraz
jej aktywnością podczas ćwiczeń. Niemalże żadnych detali.
                Bardzo obawiałam
się tego, że po tym jak poprowadziłam ją ostatnio, jak tylko poczuje atmosferę
zawodów zgaśnie i odmówi posłuszeństwa. Aby rozładować atmosferę, na sobotni
trening poszłam z nią bardziej spacerowo. Nie zabrałam ze sobą klatki, w
międzyczasie poćwiczyłam z nią fragmenty ćwiczeń z naciskiem na zostawanie i
kontakt. Na nasze ośmiominutowe wejście treningowe weszłam „z biegu”
przerabiając kilka ćwiczeń na pozór dość chaotycznie – jak to często zdarza się
nam na spacerach. Po zejściu z ringu wróciłyśmy do sielnakowej atmosfery wypadu
na miasto, wzięłam psa na ręce, pochodziłyśmy między stoiskami. Później już na
własnych łapkach poznała kilka psów na wystawie i wróciłyśmy do domu. Plan
okazał się strzałem w dziesiątkę, bo Fruziowy nastrój był świetny.

                W
niedziele nie chciałam przyjeżdżać za wcześnie ze względu na niełatwe dla nas
warunki, ale pojawiłyśmy się na tyle szybko, żeby pooglądać większość startów
jedynki i polenić się na trybunach. W przerwach od kibicowania spacerowałyśmy,
robiąc krótkie treningi zabawy, które tak naprawdę miały na celu pobudzenie
maltańczykowych jelit, po tym, jak poprzedniego wieczoru Fruzia zjadła zepsute,
usmażone Lidlowe kręciołki z boczku.
                Niedługo
przed naszym startem odwiedziła nas najlepsza ekipa dopingująca – Alicja z
mężem i córkami które przyniosły wspaniałe transparenty a także Robert z
rodziną, któremu zawdzięczam relacje foto z przebiegu. Ich wizyta nastroiła
mnie na start niesamowicie pozytywnie, dzięki czemu na ring weszłam z szerokim
uśmiechem na twarzy co udzieliło się także Fruzi.
                Zostawanie
dzielnie wyleżała, mimo biegającego przy ringu dziecka (a przecież biegające
dzieci się zjada, a przynajmniej oszczekuje) i kręcących się w okolicy psów. Lekko
zmieniła pozycje, a przy moim powrocie sama usiadła co trochę mnie zdziwiło,
jednak na filmiku zobaczyłam, jak trudna była to dla Fruzi sytuacja i szybko
zrozumiałam jej zachowanie.
                Chodzenie
na smyczy świetne, nie zapomniałam zatrzymać się w zetce a Fruzia usiadła bez
zastanowienia. Bez smyczy zbyt wyprzedzała, przez co miałyśmy małą przygodę na
zwrocie w lewo, ale szybko wróciłyśmy do rytmu. To ćwiczenie wymaga jeszcze sporo
mojej pracy nad krokami i będzie świetnie.
                Gdy już
na niezłym poziomie przetrwałyśmy zostawanie i nudne chodzenie przyszła chwila
na nasze czołowe ćwiczenia. Na pierwszy rzuty poszło przywołanie, które…
wyzerowałyśmy J
Fruzia mimo radosnego wykonywania ćwiczeń była zanadto zdenerwowana sytuacją i
zerwała pozycję podchodząc zbyt daleko do przodu. Z kolei przy aporcie, gdy
tylko wylądował postanowiła nie czekać na moją komendę pędząc po niego jak
najszybciej i całkiem nieźle wykańczając ćwiczenie. W takich sytuacjach
rozumiem, dlaczego szczególnie trzeba uważać na to, czego jest się pewnym.
                Przeszkoda
na dyche, bez zawahań. Pozycje bez szału, do tego nerwowe odskoczenie przy
powrocie do psa. Ok, zdarza się.
                Jednak
największym sukcesem tego startu było to, że schodząc z ringu widziałam we
Fruziowych oczach dalszą chęć do pracy a nie zmęczenie ciężkim łańcuchem.
Najlepsza nagroda za ciężką pracę J
Dla takich momentów warto!

          
    Z zawodów
wróciłam niesamowicie zadowolona z dużą satysfakcją i poczuciem spełnienia a
także nagrodą dodatkową dla najmniejszego psa zawodów. Fruzia także wróciła
zadowolona, gdyż po swoim starcie w nagrodę zjadła pysznego kurczaka a później
mogła poszaleć na boisku z Indii.

Dodaj komentarz